Wygrał walkę z COVID-19 w przasnyskim szpitalu. Poznajmy historię ks. proboszcza z Makowa Maz.

W natłoku złych informacji zdarzają się również wieści radosne. Najnowsza z nich dotyczy mgr Marka Podsiadlika, proboszcza parafii św. Brata Alberta w Makowie Mazowieckim. Duszpasterz chorował na COVID-19, a pomocy udzielili mu medycy z przasnyskiego szpitala. Dziś ksiądz jest ozdrowieńcem i powoli wraca do posługi. Mieliśmy możliwość wysłuchać jego opowieści.

 

Pozytywne wiadomości na temat wyzdrowienia księdza proboszcza przekazał nam Grzegorz Magnuszewski, dyrektor przasnyskiego szpitala. Placówka w Przasnyszu obecnie udziela pomocy chorym na COVID-19, zapewniając 92 łóżka chorym z potwierdzonym zakażeniem SARS-CoV-2, w tym 8 łóżek intensywnej terapii.

Pacjentem jednego z oddziałów zakaźnych był proboszcz parafii św. Brata Alberta w Makowie Mazowieckim. Pewnego dnia, niedługo przed 50. rocznicą swoich urodzin, które duchowny obchodzi 30 października, pojawiły się pierwsze symptomy choroby: wysoka temperatura, bardzo złe samopoczucie i zupełny brak apetytu. Ksiądz słabł w oczach. Przez pierwszy tydzień leczył się sam, myśląc, że to grypa.

– Nikt przecież od razu nie zakłada, że jest śmiertelnie chory. Najpierw leczyłem się sam, potem przy udziale miejscowej pani doktor. Od momentu kiedy zauważyłem, że organizm nie przyjmuje żadnych leków, a mój stan się pogarsza, zgłosiłem się do szpitala w Makowie Mazowieckim. Pierwszy test, który mi wykonano, wyszedł negatywny, ale pani doktor stwierdziła, że po płucach widać, że nie jest normalnie. Test musiał być przekłamany. Zrobiono mi drugi test, który dał wynik pozytywny – relacjonuje ksiądz.

 

Skuteczną pomoc otrzymał w szpitalu w Przasnyszu

Badanie wykonano w pierwszych dniach listopada, następnie duchowny został przewieziony do szpitala im. dr. Wojciecha Oczko.

– W Przasnyszu od samego początku bardzo profesjonalnie się mną zajęto, mam bardzo dobre zdanie na temat tego szpitala. Ci państwo mi pomogli. Pani doktor Iwona Stryjewska, która się mną zajmowała, robiła to bardzo profesjonalnie, z wielkim sercem i mądrością. Moje samopoczucie było na początku bardzo złe, wdrożono leczenie, na szczęście mój stan nie wymagał respiratora. Kiedy były problemy z oddychaniem lub kaszlem miałem dostęp do tlenu, ale mądrze mnie pouczono, aby za dużo go nie używać, nie przyzwyczajać się do niego. Maseczkę z tlenem miałem zakładać tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne. Bardzo powoli, z dnia na dzień było lepiej. Pod opieką lekarza dość szybko zacząłem wracać do zdrowia. Sanepid nałożył na mnie 10 dni izolacji i tyle trwało moje leczenie w szpitalu – opowiada ks. Marek Podsiadlik.

Pobyt w placówce duchowny wspomina dobrze, uważa się także za szczęśliwca, ponieważ jego stan w porównaniu do innych nie był zły. Ksiądz, mimo walki z chorobą i wielkim osłabieniem, był w stanie o własnych siłach pójść do łazienki, ale niektórzy pacjenci nie mieli tyle szczęścia.

– Widziałem ludzi, którzy byli znacznie słabsi i przechodzili to o wiele trudniej ode mnie. Chcę podkreślić, że o wiele gorzej mają osoby palące papierosy. Opieka nad pacjentami była bardzo dobra, chcę zwrócić uwagę na pełne zaangażowanie pań pielęgniarek. One noszą niewygodne stroje ochronne, które krępują ruchy, ograniczają widoczność i powodują odparzenia. Choć to bardzo trudne, te panie pracują z wielkim poświęceniem, oddaniem i życzliwością, jestem im za to bardzo wdzięczny. Nawet się nie spodziewałem, że te nasze małe, powiatowe szpitale powiatowe – w Przasnyszu i Makowie – zapewniają tak dobrą i profesjonalną opiekę, a lekarze i cały personel medyczny jest tak otwarty na drugiego człowieka – przekonuje.

Ksiądz zapewnia, że koronawirus stanowi realne zagrożenie i przestrzega przed nonszalancją. – Wracam do zdrowia i sił, ale teraz jestem bardziej przewrażliwiony, stosuję wszelkie środki ostrożności. Noszę maseczkę, wszystko jest dokładnie zdezynfekowane. Koronawirus istnieje, proszę nie wierzyć tym, którzy mówią, że go nie ma. Doświadczyłem tego osobiście, a pacjenci chorzy na COVID-19 leżą i cierpią – podkreśla ze smutkiem.

 

 

Zwalczył koronawirusa, ale skutki odczuwa nadal

Choć duchowny opuścił szpital kilka dni temu, nadal nie czuje się w pełni zdrowy.

– Nie wszystko mogę robić, czasem trudno jest mi mówić, zrobić kilkadziesiąt kroków więcej, jest problemem. Wiadomo, że płuca są jeszcze bardzo słabe, ale to już nie jest to, co było na początku, ponieważ wyraźnie widać poprawę. Wiem, że już nie zarażam, powoli wracam do posługi, powracam do odprawiania mszy świętej i spowiedzi – wyjaśnia.

Ksiądz proboszcz, jako ozdrowieniec, jest także gotów nieść pomoc innym zmagającym się z koronawirusem. Deklaruje gotowość do oddania osocza krwi, które u osób po przebytej chorobie zawiera przeciwciała, pomagające zwalczyć zakażenie, ratując chorym życie.

Marek Podsiadlik urodził się 30 października 1969 roku w Pułtusku, pochodzi z parafii Gąsocin, w dekanacie ciechanowskim. Posługę jako proboszcz pełnił we Francji oraz w Rokiciu koło Płocka, gdzie pracował 5 lat. Od 1 sierpnia 2018 r., jest proboszczem parafii św. Brata Alberta w Makowie Mazowieckim.

 

M. Jabłońska


 

guest
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
barnaba
barnaba
7 dni temu

Czemu to taki news? Czyżby pozostałym chorym szpital nie pomagał wyzdrowieć? Oj to niedobrze.

Mania
Mania
7 dni temu

Pani doktor wspaniały człowiek i dobry lekarz polecam

Jan
Jan
6 dni temu

Wszystkich traktować jednakowo, wszystkich stworzył Pan Bóg