Wspomnienie o święcie zmarłych w Przasnyszu pióra śp. Mariusza Bondarczuka.

1 i 2 listopada obchodzimy święta pamięci o zmarłych. To Dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki, podczas których wspominamy naszych zmarłych bliskich oraz postaci ważne dla naszego regionu. Jedną z takich osób był regionalista Mariusz Bondarczuk, który na zawsze opuścił swoje ukochane miasto w czerwcu 2017 roku, spoczywając na cmentarzu parafialnym w Przasnyszu.

Za zgodą żony Mariusza Bondarczuka publikujemy artykuł, który wyszedł spod jego pióra kilka lat temu.

Życie po przasnysku

Trzeci dom

Dopalają się ostatnie znicze na przasnyskim cmentarzu. Jeszcze tu i ówdzie migotają płomyki pośród prawdziwego i sztucznego kwiecia, którym przyozdobiono sowicie nagrobki. Coraz trudniej odróżnić kwiatową podróbkę od jej rzeczywistego wzorca. Dopiero upływ czasu okaże się skutecznym selekcjonerem. Fałszywki rzecz jasna mogą trwać niemal miesiącami, autentyk już nawet po kilku dniach wygląda paskudnie.

Tegorocznym hitem dni poświęconych zmarłym były drobne chryzantemy rozrośnięte w ogromne, kopulaste bukiety. Wieńce i wiązanki z każdym rokiem zdają się licytować coraz większą okazałością i pomysłowością. No i te dziesiątki rodzajów zniczy prześcigających  się kształtem, wielkością i barwą.  Żywot najmniejszych obliczono na kilka godzin, a najbardziej dorodne palą się nawet przez  2 tygodnie. W tym ostatnim przypadku istnieje co prawda ryzyko, że niekoniecznie dopalać się będą one na miejscu, które wybrał sobie fundator takiego 14-dniowego lampionu, ale ważne, by przynajmniej w te dni najważniejsze stał „gdzie brak”. Niektóre grobowce  dosłownie zionęły  ogniem zmasowanych zniczowych baterii. Aż dziw bierze, że nasi wynalazcy nie skonstruowali jeszcze do tej pory jakiegoś cmentarnego grilla.

W ciągu mijającego stulecia dokonaliśmy ogromnego postępu w obłaskawianiu śmierci. Najstarsi mieszkańcy Przasnysza pamiętają doskonale z czasów swojego dzieciństwa,  jak na miejscowym cmentarzu spokojnie goniły się zające w rosnących tu obficie zaroślach, krzewach i chaszczach. Za bramą, zwieńczoną trupią czaszką i łacińskim ostrzeżeniem Memento Mori rozciągała się tajemna przestrzeń, budząca strach i grozę – jakby powiedziała moja babcia – oparczyska dla doczesnych, ludzkich szczątków. Alejki, którymi dziś sprawnie poruszamy się po przasnyskiej nekropolii, wytyczyli Niemcy w okresie ostatniej wojny światowej, nie bacząc oczywiście na to, czy na nowych traktach są czyjeś groby.  Do tamtego czasu trzeba było kluczyć po ścieżkach, albo i  nie wydeptanych rejonach, aby dotrzeć do grobu kogoś bliskiego lub znajomego. Na cmentarz rzadko kto zaglądał bez określonej potrzeby. A taką mógł być czyjś  pogrzeb, albo też Dzień Wszystkich Świętych, czy Zaduszki.  Mogło się zdarzyć i tak, że lichy, drewniany krzyż (tych wszakże było kiedyś najwięcej) przewrócił się, a bujna roślinność pochłonęła mogiłę, której odnalezienie okazywało się po kilku latach wręcz niemożliwe.

Dziś z ogromnym trudem udaje mi się wyłuskać pośród betonowej nawierzchni pokrywającej miejsca pochówku kilka drewnianych krzyży, nie licząc tych nowiutkich, które sprezentował na Dzień Wszystkich Świętych  swoim podopiecznym (będącym już oczywiście na „tamtym” świecie) dyrektor Domu Pomocy Społecznej na Rudzie. Zastąpiły one stojące na tym miejscy te same symbole naszej wiary, tyle że  spróchniałe i bardzo już dotknięte zębem czasu.

Przemijanie ujarzmiamy lastrico, a ostatnio coraz częściej marmurami i granitem. „Pieczara” stała się trzecim (po tym właściwym i  tym drugim na działce pod miastem, czy jeszcze lepiej nad jeziorem) domem wielu mieszkańców Przasnysza. Handel pospieszył oczywiście bardzo szybko za nowym obyczajem serwując specjalne środki, czy nawet kosmetyki do „iblowania” (jakby powiedziała moja mama) pomników i płyt nagrobkowych. Czasem ludzie okrywają na zimę  te miejsca starannie folią, aby chronić je od rudych smug siarki pochodzącej z komina kotłowni ZEC-u. Pojawiły się również konflikty z dawną przyrodą, której rzadkie już  pozostałości ostały się za cmentarnym murem. W ruch poszły piły i siekiery. Jedne po drugich padały drzewa, które kilkadziesiąt lat temu sadzono dawnym zwyczajem przy grobach ojców rodzin. Tam gdzie pozostał jakiś kasztan, czy jesion prześcigano się podczas przedświątecznych porządków  w narzekaniach na spadające liście, knując  spisek na życie tlące się jeszcze w konarach.

Ale nie tylko dawna roślinność skazana jest na zagładę. To samo czeka (a w ilu przypadku już spotkało) stare nagrobki, na które czyhają ci, którzy jeszcze nie zdążyli z „trzecią kwaterą”, a chcą koniecznie leżeć na starym cmentarzu, który faktycznie jest już „zatkany”. Na nowy, komunalny jest im bowiem za daleko, albo też uważają go za lokum  II kategorii.

Wielu osobom znudził się także dawny wystrój miejsc ostatniego spoczynku ich krewnych i chcą mieć (z myślą chyba głównie o sobie) grobowce z „żurnala”, ostatni krzyk mody. Jeszcze trochę, a starożytny na swój sposób, bo liczący 200 lat przasnyski cmentarz, będzie jak nowy.

Może chodzi tutaj wszakże o to,  aby było tylko „dziś”. Doglądamy własny grób z wolną  przestrzenią pozostawioną na stosowną inskrypcję i fotografię (dowód na to, że się było pięknym i młodym).  Czasem nazwisko już zostało wpisane, brakuje tylko daty „zakwaterowania” na nowym  miejscu. Robimy wszystko, aby „przeprowadzka” była jak najmniej uciążliwa. Tylko po co ten niestosowny napis przy wejściu i rentgenowski wizerunek nad nim?

Mariusz Bondarczuk


guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Tomek
Tomek
11 miesięcy temu

Poproszę o więcej, Śp. Pana Mariusza Bondarczuka czyta się bardzo dobrze ☺