W górach jestem szczęśliwy i wolny – rozmowa z Michałem Szczepańskim, wójtem gminy Krasne

Michał Szczepański jest już drugą kadencję wójtem gminy Krasne. Niewiele osób wie, że prócz urzędu i polityki ma inne życiowe pasje. Jedną z nich jest wspinaczka górska i to ona, nie zaś kwestie samorządowe, stała się tematem naszej rozmowy.

 

Kiedy pierwszy raz wspinał się Pan po górach?

Pierwszy raz wędrowałem po górach 13 lat temu, czyli w 2009 roku. Był to wyjazd zorganizowany przez ciocię mojej żony, która od wielu lat tam jeździła. Właściwie ona pokazała nam podstawy, nauczyła zasad i zaraziła miłością do gór, za co jesteśmy jej z żoną  bardzo wdzięczni.

Co wtedy Pan poczuł? Kiedy zauroczenie przerodziło się w pasję?

Był to koniec września, fantastyczna pogoda, piękne widoki. Poczułem się szczęśliwy i wolny. W pasję przerodziło się to automatycznie już na wyjeździe. Od razu zakupiłem niezbędne mapy, przewodniki, książki i ewidentnie złapałem bakcyla, bo w głowie planowałem już kolejną wyprawę.

 

Wspinaczka to hobby uprawiane wraz z żoną?

Wspinaczka to dla mnie coś więcej niż hobby. Obydwoje z żoną darzymy góry wielkim szacunkiem i miłością. Bywało, że pokonywaliśmy te kilkaset kilometrów drogi, by spędzić tam choć 1-2 dni i doładować akumulatory. W górach odpoczywamy, w górach nabieramy energii do działania, w górach mamy czas na przemyślenia. Kiedy jesteś wysoko na szlaku, a w zasięgu wzroku nie ma innych ludzi, czujesz związek z naturą i to jaki naprawdę „mały” jesteś względem tej potęgi. Nabranie takiego dystansu studzi głowę, rozpala zmysły, przynosi ukojenie i nadzieję.

Jak wyglądały wasze wyprawy? Jak się do nich przygotowywaliście?

Planowanie wyjazdu należy rozpocząć stosunkowo wcześnie i zakupić najpotrzebniejsze rzeczy  takie jak buty, plecak, ubrania, termos, pelerynę przeciwdeszczową, itp. Wraz z żoną mamy cały potrzebny ekwipunek, dlatego przed wyjazdem głównie analizujemy szlaki, które chcemy zdobyć i ruszamy w drogę. Zdarzało się, że te nasze wyjazdy były kilkudniowe, a czasami tylko weekendowe. Wędrówki zaczynały się wczesnym rankiem a kończyły późnym wieczorem. Ogromne znaczenie ma w górach pogoda, dlatego zawsze trzeba być przygotowanym na różne warianty i odpowiednio dobierać trudność szlaków do panujących warunków. Plany planami, a góry i tak wszystko weryfikują.

Co zmieniło się teraz, gdy pojawiły się dzieci?

W momencie, gdy na świecie pojawiła się nasza starsza córeczka, Zuzia, przewartościowaliśmy swoje plany i wyzwania. Pierwszy raz córka pojechała z nami w góry mając 10 miesięcy i właściwie codziennie, w ciągu tych kilku dni pobytu, gdzieś wędrowaliśmy. Mała z wielką radością reagowała na bliskość i piękno przyrody, a gdy była zmęczona smacznie zasypiała w specjalnie dobranym nosidle. Już wtedy wiedzieliśmy z żoną, że rośnie nam „góraleczka” i proszę sobie wyobrazić, że tak właśnie jest. Zuza uwielbia wyprawy w góry. Będąc 3-letnim dzieckiem zna nazwy szczytów, na których była i często mówi o swojej ulubionej Rusinowej Polanie. Córka jest bardzo sprawna ruchowo, nie boi się wysokości i uwielbia się wspinać – wszędzie i po wszystkim. Kiedy Zuza słyszy hasło: „Jedziemy w góry!” na jej twarzy pojawia się uśmiech i biegnie się pakować!

 

Proszę opisać swoją wyprawę w góry z dzieckiem.

Odpowiednio zaplanowana trasa, pewna pogoda i właściwy ekwipunek – tak naprawdę w teorii nic się nie zmieniło, ale w praktyce naszą pasję dostosowaliśmy do możliwości dziecka. Kiedy Zuzia była mniejsza musieliśmy zabierać ze sobą więcej rzeczy. Córcia poznawała góry głównie w nosidełku lub specjalnym plecaku z siedziskiem. W zeszłym roku jednak dużo chodziła, a właściwie biegała na własnych nóżkach. W momentach bardziej wspinaczkowych jasno i dobitnie wyrażała opinię, że tu chce spróbować sama. Najwspanialsze jest jednak to, że wcale jej to nie męczy. Wprost tryska entuzjazmem i zaraża energią. Oczywiście podstawą jest dla nas dobro i bezpieczeństwo naszej córci, dlatego zawsze staramy się dostosowywać wędrówki, ich długość i skalę trudności do możliwości dziecka. W związku z czym na pewien czas musieliśmy odłożyć nasze najbardziej zwariowane pomysły. Mimo wszystko, podczas wyjazdu, staramy się wygospodarować 1- 2 dni  tylko dla siebie, by móc „poszaleć” i poczuć adrenalinę. Pamiętam pewien czwartek, kiedy postanowiliśmy z żoną zrobić  dzień odpoczynku, a nasza mała Zuzia, siedząc przed domem na ławce, zapytała pokazując na zarys gór: „Tato, a kiedy pójdziemy”? Dokąd? – odpowiedziałem. „No tam, w góry!” – odparła, pokazując palcem. Długo nie musiała czekać, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do plecaków i ruszyliśmy na popołudniową wędrówkę.

Co w górach okazało się najcięższe dla waszej trójki?

Najciężej jest sprawić, by dziecko poczuło się dobrze, chciało w ten sposób spędzać czas i czuło się szczęśliwe. Nam się to udało, dlatego rodzinne wyjazdy, to wyjazdy w góry. Tam jesteśmy razem, choć czasami trzeba odpuścić. Zwłaszcza w sytuacji, gdzie do szczytu brakuje nam może 100 metrów albo i mniej, a w oddali słychać grzmoty i pogoda gwałtownie się zmienia. Wtedy trzeba podjąć dobrą decyzję, a wcale nie jest to proste. Szkoda czasu i wysiłku, który włożyło się w dotarcie do tego miejsca. Szkoda zawrócić tuż przed metą. Góry uczą pokory i cierpliwości. Góry uczą dystansu.

 

Co sprawia wam największą przyjemność?

Największą przyjemnością jest uśmiech na twarzy córki, gdy wspólnie wędrujemy lub gdy siedzimy gdzieś na grani, a jej oczka błyszczą. To bardzo miłe, gdy po powrocie do domu ogląda zdjęcia i pyta kiedy znów pojedziemy. Wielką przyjemnością jest samo przebywanie w górach – tam jest zupełnie inny świat. Bliskość przyrody, monumentalne granie, przepiękne widoki, wysokość, adrenalina, cisza i wolność. Ogromną przyjemność sprawia też to, że naszą pasją do gór udało się zarazić kilkanaście osób – moją teściową, rodziców, rodzeństwo – moje i żony – wraz z rodzinami, znajomych. Satysfakcjonujące jest, że nawet najwięksi górscy sceptycy spróbowali i po zetknięciu z pięknem gór, zmienili zdanie.

 

Jakie są wasze dalsze plany?

Co do planów rodzinnych, to niewątpliwie jest to zarażenie pasją młodszej córeczki. Kornelka ma zaledwie 3 miesiące, ale za jakiś czas na pewno pojedzie z nami w góry i mam nadzieję, że jej również się tam spodoba. W planach są także kolejne wspólne wędrówki, poznawanie nowych miejsc i stopniowe przekraczanie swoich możliwości. Na ten moment celem moim i żony jest przejście całej Orlej Perci jednego dnia oraz zdobycie Czerwonej Ławki i wspinaczka na Gerlach.

 

Jaki szczyt chcecie wspólnie zdobyć?

Takim wspólnym, trochę już zapomnianym celem jest Elbrus. Życie trochę zweryfikowało możliwości, ale niewątpliwie zbliża się czas, by na nowo rozpalić kolejne pragnienia.

 

 

j.b.

Sprawdź również
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments