
Tajemniczy ogród pani Marzeny z Pierzchał. W każdym rogu i zakątku kryją się wykonane przez nią rzeźby
Na pierwszy rzut oka podwórko pani Marzeny Smoleńskiej wygląda jak każde inne, w niemal każdej wsi. Ale gdy przyjrzeć się bliżej, można poczuć się jak w tajemniczym ogrodzie. Pod gołym niebem, między kwiatami i krzewami stoją rzeźby, murki, donice, grzybki, jelonki i figury. Jest ich mnóstwo, niektóre rzucają się w oczy od razu, inne nieco poukrywane wtopiły się już w krajobraz na tyle, że trudno je dostrzec. Wszystko to jest dziełem rąk pani Marzeny, która odkryła swoją artystyczną pasję nieoczekiwanie – w trudnym momencie życia.
Jak to się wszystko zaczęło? – pytamy. – Zaczęłam tworzyć, kiedy mój mąż zachorował i trafił do szpitala. To był trudny covidowy czas, nie można było mieć kontaktu z chorym, poza rozmową telefoniczną. Było mi bardzo ciężko, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, gdzie się podziać. Potrzebowałam czegoś, co mnie wyciszy. Czegoś, co pozwoli oderwać myśli od problemów – wspomina pani Marzena.
Wtedy zobaczyła internetowe filmiki, na których ludzie tworzyli rzeźby. A, że sama miała od zawsze duszę nieco artystyczną, uwielbiała rysować, to postanowiła spróbować. – Ja w ogóle bardzo kocham ogrodowe prace i kocham kwiaty. Ich widok zawsze dawał mi tyle radości. A jak się ma dużo kwiatów, to potrzebnych jest i dużo doniczek i miejsca, i tak to się zaczęło – opowiada.
Pierwsze próby były trudne, nie wszystko wychodziło od razu tak, jak sobie wyobrażała. – Nie udawało się czasem, wiele rzeczy trzeba było dopracowywać, ale to właśnie tym bardziej wciągało. A przy tym sama praca. Człowiek się skupiał na tym i nie myślał o kłopotach – przekazuje i dodaje, że do dziś to hobby jej się nie znudziło, a ciągle się rozwija. – Potrafię już o piątej rano wstać, jak pomysł przyjdzie do głowy i zacząć wymyślać – śmieje się nasza rozmówczyni.
Rzeźby pani Marzeny powstają z cementu i piasku. Materiały do pracy gromadzi sama, najczęściej wykorzystując to, co daje jej najbliższe otoczenie. Kamienie przynosili jej synowie, piasek zbierała z pobliskiej żwirowni. – Nie każdy piasek się nadaje. Musi być taki drobniejszy, żeby dało się dobrze wyrzeźbić szczegóły. A kamieni z kolei, proszę spojrzeć, u nas nie brakuje – wszędzie ich pełno – opowiada.
Podstawowymi narzędziami są… ręce, przydają się też małe łopatki, nożyk z wygiętą końcówką, który pozwala modelować drobne elementy. – „Najwięcej czasu i pracy schodzi na wykończenia – nadanie faktury, zrobienie słojów, malowanie, cieniowanie” – tłumaczy.
Od grilla po jelonki i dzika
Pierwszym większym dziełem pani Marzeny był grill, który choć jak inne rzeźny zbudowany jest z cementu, piasku i kamieni, wygląda jak drewniany. – „Długo się z nim męczyłam, bo chciałam, żeby nie tylko dobrze wyglądał, ale i był praktyczny. W środku musiał być schowek na przybory, kamienie muszą być ułożone precyzyjnie, bo wszystko jest wykonywane bez formy – mówi. – „Przyjechali kiedyś do mnie znajomi ze stolicy, usiedli popatrzyli i pytają – jak ja mogę na drewnianym grillu palić” – śmieje się pani Marzena.
Inspiracje często czerpie z natury i myśliwskich upodobań rodzinnych. Stąd jelonki, marzenie o zrobieniu dużej rzeźby dzika, a także liczne grzybki i figurki zwierząt. Każda praca jest przemyślana, dostosowana do ogrodu i roślin, które pani Marzena, jak już wspominała, kocha równie mocno jak pracę twórczą. – „Kwiaty to u mnie podstawa. Róże, hortensje, lilie, a wiosną tulipany. Wszystko, co da się wkomponować między rzeźby”.
Tym, co wyróżnia dzieła pani Marzeny, jest choćby ich użytkowy charakter. Donice, murki zabezpieczające rabaty, wszystko nie tylko wygląda, ale i służy domowi i ogrodowi na co dzień. – „Jak coś robię, to chcę, żeby było piękne, ale i pożyteczne. Żeby nie tylko stało, ale miało sens” – podkreśla.
Pani Marzena tworzy wyłącznie dla siebie. Swoich rzeźb nie sprzedaje, choć przyznaje, że oferty i propozycje się pojawiają. Czasem znajomi mnie o coś poproszą, to i trudno odmówić. Czasem przygotuję coś na prezent, jeśli się spodoba, to jest duża radość dla mnie.
Dziś, pani Marzena na tyle przyzwyczaiła się do wszystkich ogrodowych dodatków, że nie wyobraża już sobie, żeby było inaczej. – Mam wrażenie, że gdyby nie było tego wszystkiego, to ogród byłby pusty” – mówi. Praca nad rzeźbami to dla niej coś więcej niż hobby. – „Jak człowiek zacznie, to już musi skończyć, choć w trakcie czasem może coś jeszcze zmienić. Pomysł za pomysłem przychodzi. I satysfakcja jest, jak patrzy się na to, co się stworzyło własnymi rękami.
Nie tylko rzeźby – śpiew i praca z dziećmi
Pani Marzena nie jest przy tym samotniczką, która zaszywa się od rana do wieczora we własnej pracowni. Jest osobą bardzo rodzinną i jeszcze bardziej zajętą. Wychowuje (i wychowała) szóstkę dzieci, angażuje się także w życie lokalnej społeczności. Była sołtyską, jest prezeską KGW Pierzchały śpiewa w chórze, prowadzi scholę w Węgrze.
Dla dzieci prowadziła także warsztaty ekologiczne, by zachęcać do dbania o rośliny, o przestrzeń wokół siebie, o własny ogródek. I po to, by jak w jej przypadku od małego doceniać, że każdy element ma swoją historię. A całość i codzienne tworzenie potrafią dać prawdziwe szczęście. „Bo we własnym ogrodzie nikt na ręce nie patrzy, nikt nie krytykuje. Mogę się skupić, robić swoje. I to mnie trzyma” – podsumowuje.


ren
