fot. Infoprzasnysz
Śmieciowy serial w Przasnyszu. Pomysł czytelniczki na zamykane boksy kosztuje… 1,5 miliona złotych
Problem z segregacją odpadów na osiedlu Orlika w Przasnyszu zaczyna przypominać niekończący się serial. Ruszyła kolejna fala kontroli, a do skrzynek mieszkańców trafiają kolejne pisma z dokumentacją fotograficzną. Na osiedlu panuje pat, a sfrustrowana lokatorka pytaja: czy ktoś w końcu znajdzie rozwiązanie?
Do naszej redakcji zgłosiła się mieszkanka osiedla, do której bloku trafiło kolejne już pismo o złej segregacji. Kobieta nie kryje irytacji:
– Ja śmieci naprawdę dokładnie segreguję i nie mam zamiaru płacić za tych, którym się nie chce. Czy osoby na stanowiskach zarządczych zamierzają coś z tym zrobić? Może rozwiązaniem byłyby zamykane boksy albo worki z kodami QR? Przecież na pewno są jakieś miasta, które sobie z tym problemem radzą – pisze.
Jedni się starają, inni grożą przebiciem opon
Jak już informowaliśmy: władze Przasnysza zapowiedziały kontrole do skutku – czyli dopóki mieszkańcy nie zaczną wrzucać odpadów do właściwych kubłów. Problem w tym, że dla wielu to bariera nie do przeskoczenia.
– Te kontrole odbywają się na okrągło – przyznaje w rozmowie z nami Waldemar Wilkowski, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej w Przasnyszu. – Niestety, prawda jest taka, że część mieszkańców śmieci po prostu nie segreguje. Jedni bardzo się starają, a inni w ogóle się tym nie przejmują. Ludzie są różni i do niektórych nie trafiają żadne pisma, ani straszenie karami. Informujemy o kontrolach, drukowaliśmy ulotki, wręczaliśmy pisma każdemu do ręki. Wszystko bez efektu.
Jak mówi, najmocniej sprawą przejmują się wieloletni lokatorzy, którzy dbają o osiedle i boją się wyższych rachunków. Na razie Spółdzielnia pokrywa koszty kar za złą segregację we własnym zakresie, by nie stosować odpowiedzialności zbiorowej, na której ucierpią najbardziej uczciwi.
Problemem obarcza się niektórych rotacyjnych lokatorów mieszkań na wynajem, którzy nie czują odpowiedzialności za otoczenie. Choć tu oczywiście nie można wrzucić wszystkich do jednego worka. Na osiedlu dochodziło jednak już do sytuacji, kiedy próby zwracania uwagi na gorącym uczynku kończyły się agresją – sąsiedzi pilnujący porządku słyszeli już m.in. groźby poprzebijania opon w samochodach.
Zamykane boksy rozwiążą problem?
Wśród mieszkańców, co widać także w komentarzach w internecie, dominuje przekonanie, że winni są „podrzucający” śmieci z zewnątrz. Nasza czytelniczka zapytała, czy spółdzielnia planuje zadaszyć i zamknąć boksy śmietnikowe, by ukrócić ten proceder. Prezes studzi jednak te nadzieje.
– To nie tak, że śmieci są masowo podrzucane. Gdyby tak było, problem dotyczyłby pojedynczych miejsc, a tymczasem pisma o złej segregacji dostaje niemal cała spółdzielnia. Co w takiej sytuacji pomogą zadaszone altany – uważa.
Szacunkowy koszt postawienia nowoczesnych, zamykanych boksów na terenie całej spółdzielni to około 1,5 miliona złotych. Na ten moment taki wydatek jest nierealny do udźwignięcia.
Problem nie tylko Przasnysza
Co dalej? Spółdzielnia nie składa broni i zapowiada dalsze rozmowy z miastem, by wspólnie wypracować jakiekolwiek wyjście z tej patowej sytuacji. Choć, jak słychać w spółdzielni, podobne debaty z urzędnikami i radnymi toczyły się już wielokrotnie. Jak dotąd, bez żadnego skutku.
O odniesienie się do sprawy poprosiliśmy przewodniczącego rady miejskiej w Przasnyszu, Arkadiusza Chmielika, który w takich rozmowach ze spółdzielnią uczestniczył.
Przewodniczący nie ukrywa, że kwestia prawidłowego dzielenia odpadów w budynkach wielorodzinnych to temat tak samo skomplikowany, jak niepopularny. Zaznacza jednak, że Przasnysz nie jest w tym odosobniony.
– To nie jest tylko nasz problem, borykają się z nim również inne miasta w Polsce – mówi Arkadiusz Chmielik. – Wszędzie są ludzie, którzy będą skrupulatnie segregować, którym zależy na czystości i na tym, by wszystko funkcjonowało jak najlepiej. Z drugiej strony mogą trafić się jednostki, które segregować nie mają zamiaru. Pojawia się więc zasadnicze pytanie: czy możemy karać tych uczciwych i stosować odpowiedzialność zbiorową? I w zasadzie dlaczego mieliby oni ponosić odpowiedzialność za kogoś, na kogo nie mają żadnego wpływu?
Jak dodaje, temat gospodarki odpadami staje się przedmiotem publicznej debaty w mieście niemal wyłącznie w momentach kryzysowych.
Winny cały system
– Niezmiennie ubolewam, że temat śmieci pojawia się w Przasnyszu tylko wtedy, kiedy trzeba do nich dokładać budżetu – przyznaje przewodniczący. – A dokładamy kilka milionów złotych, co moglibyśmy przeznaczyć chociażby na nowe drogi.
Podkreśla, że sam wielokrotnie wychodził z inicjatywami, które mogłyby usprawnić system i obniżyć koszty, choćby budową miejskiej kompostowni. – Czuję, że jako miasto zrobiliśmy niewiele, aby poszukać alternatywnych rozwiązań i przyjrzeć się, jak radzą sobie inni – tam, gdzie jest taniej. Podniesienie opłat mieszkańcom powinno być absolutną ostatecznością – komentuje.
– Nie chcę też wszystkiego zrzucać na Burmistrza, bo tak naprawdę kuleje cały system w kraju, a my jesteśmy tylko jego elementem. Dla przykładu – wprowadzono ostatnio system kaucyjny, a ilość oddawanych plastików nie zmniejszył się znacznie, przez co koszty funkcjonowania pozostały na podobnym poziomie – zauważa.
Czy znajdą się chętni do dialogu?
Odnosi się także do kwestii dialogu pomiędzy miastem a Spółdzielnią Mieszkaniową. Potwierdza, że osobiście brał udział w tych rozmowach, jednak ich efekty nie przełożyły się na debatę na forum rady, ani dalsze działania burmistrza.
– Uczestniczyłem w rozmowach ze spółdzielnią, a następnie poruszyłem tę problematykę apelując do władz miasta o realne propozycje. Temat nie spotkał się jednak z zainteresowaniem, choć władze Spółdzielni w imieniu mieszkańców dopuszczały nawet niewielką korektę opłat zamiast nakładania opłat karnych za niewłaściwą segregację. Jestem gotów w każdym momencie być pośrednikiem pomiędzy burmistrzem, a spółdzielnią – podsumowuje przewodniczący.

ren
