Fot. archiwum rodzinne
Małgorzata Bieńkowska wyrusza na drugi koniec świata: „Wiem, że tą drogą warto iść”
O Australii marzyła właściwie od dziecka. Miała jedenaście lat, gdy po raz pierwszy zobaczyła teledysk nagrany na tamtejszej plaży: słońce, ocean, beztroska. To marzenie pielęgnowała przez kolejne lata — choć z czasem coraz ważniejsze stawało się w jej życiu coś innego. Pojawiła się wspólnota Wolontariatu Misyjnego Salwator, która na dobre wpisała się w codzienność Małgosi i zaczęła kształtować jej wybory. I w dość nieprawdopodobny sposób te dwa światy się spotkały. Młoda przasnyszanka postanowiła zostawić na jakiś czas pracę, rodzinę i dotychczasowe życie. I… pójść za głosem Boga.
Pierwsze marzenia w dziecięcej głowie
– Pierwsze zauroczenie Australią było totalnie dziecięce. Widziałam ładny teledysk: ładna plaża, ładny piosenkarz, wszystko wyglądało pięknie. Ale to wystarczyło, żebym zaczęła myśleć o Australii na poważnie. I to we mnie zostało – śmieje się na myśl o tamtych wspomnieniach.
Australia wracała falami: w książkach, filmach, opowieściach znajomych, przypadkowych znakach. Raz była bardzo wyraźna, innym razem cichła, ale nigdy nie zniknęła.
Pierwsza misja i cisza, która została
Oprócz Australii, w życiu Małgosi pojawił się wolontariat misyjny. Wszystko zaczęło się od Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie.
– W czasie ich trwania zostałam zaproszona, żeby iść na pielgrzymkę powołaniową. Tam poznałam ludzi z wolontariatu, a potem włączyłam się w ich działalność, Jesteśmy młodzi, mamy mnóstwo energii i chęci niesienia pomocy oraz wiary zarówno w Polsce jak i na całym świecie. Samo zaś bycie we wspólnocie daje ogromną siłę.
Pierwsza misja i jak dotąd jedyna miała miejsce w Medjugorie. Małgosia wyjechała tam dwa lata temu.
– Razem z koleżanką pomagałyśmy w domu zakonnym Wspólnoty Błogosławieństw: sprzątanie, gotowanie, sklepik, praca na zewnątrz, też przy Festiwalu Młodych. Bardzo dużo pracy, ale też bardzo dużo modlitwy i bycia w tym miejscu. Siostry chciały, żebyśmy nie tylko pracowały, ale żebyśmy przesiąkły atmosferą. I to się udało – mówi i dodaje, że to doświadczenie okazało się przełomowe.
Jedne z najspokojniejszych dni w życiu
– To był jeden z najspokojniejszych okresów w moim życiu. Wspaniałe miejsce. Dawno nie byłam tak wyciszona. I co najpiękniejsze – ten spokój utrzymał się jeszcze długo po powrocie – podkreśla.
Po powrocie rozpoczęła pracę w Polskiej Agencji Prasowej. Przyszła zwyczajna, szara codzienność, choć połączona z działalnością w wolontariacie. Po kolejnym roku formacji nie wyjechała jednak na misję, ale zrobiła rok przerwy od wyjazdu. – To było strasznie trudne. Patrzyłam, jak inni jadą, posługują, cieszą się czasem misji. Wiedziałam, że ja też muszę wrócić na misję. Że nie ma innej opcji – przyznaje.
Australia? Australia!
Kiedy już się zdecydowała, zgłosiła gotowość do wyjazdu. Podczas ogólnopolskiego spotkania wolontariatu, przasnyszanka była przekonana, że znów pojedzie do Medjugorie. Znała miejsce, ludzi, wiedziała, czego się spodziewać. Tymczasem w pewnym momencie, trochę mimochodem padło hasło „misja w Australii”.
Brzmiało jak żart. – Do momentu, gdy jeden z księży zaczął pokazywać mi nagrania: kangury, kościół z widokiem na ocean. Powiedziałam mu: proszę mi takich rzeczy nie pokazywać. Australia jest moim marzeniem od podstawówki. A przecież misja w Australii nie potrwa tylko dwa tygodnie – opowiada.
W głowie natychmiast pojawiły się wątpliwości. – Mówię sobie: no nie, przecież tak się nie robi. Mam pracę, umowę, wynajmuję mieszkanie. Przecież nikt nie da mi urlopu na pół roku. A z drugiej strony zaczęły pojawiać się pytania: a czy ty naprawdę aż tak lubisz tę pracę?
Decyzja, która dojrzewała w drodze
Wracała z Krakowa z głową pełną myśli. – Całą drogę myślałam tylko o tym. Nie dawało mi spokoju przekonanie, że jeżeli Bóg stawia mi coś takiego na drodze – coś, co jest moim marzeniem od lat – to nie można od tak, z tego zrezygnować – opowiada.
Pomogła przyjaciółka. – W sumie czemu nie? – stwierdziła i wtedy decyzja zapadła. – Entuzjazm chwilami słabł. Po drodze pojawiły się problemy zdrowotne, potem jeszcze inne turbulencje, ale w grudniu przyszła oficjalna zgoda. – Od tego momentu chodzę szczęśliwa. Niczym się nie przejmuję. Wszystko kręci się wokół tej misji.
Misja XXI wieku
Małgorzata i jej koleżanka spędzą w Australii około pół roku. Pomogą w niedawno powstałym ośrodku rekolekcyjnym w miejscowości Perth, w parafii, przy grupach młodzieżowych, polonijnych, być może także w szkole.
– My nie jedziemy nawracać ludzi z krzyżem w ręku. Ale też nie jest to typowy wolontariat. Powiedziałabym raczej, że to taka misja XXI wieku – bycie z ludźmi, dawanie świadectwa w środowisku nowoczesnym, tam gdzie wszyscy mają wszystko, ale często czują pustkę wewnątrz. Chcemy pokazać, że życie z Bogiem jest wartościowe.
– Kościół jest tam bardzo wspólnotowy, ale wycofany z życia publicznego. I właśnie tam chcemy wejść: z naszym doświadczeniem, z życiem, z Bogiem, pokazać, że to jest droga, którą warto iść.
Bez pensji, z pełnym zaufaniem
Wyjazd oznacza rezygnację z pracy i brak stałego dochodu. – Organizujemy zrzutki, kiermasze, sprzedajemy pamiątki z naszych wcześniejszych misji. Ale najważniejsze jest przygotowanie duchowe. Chcemy pojechać z wiarą na pierwszym miejscu. Przez nasze codzienne zadania, chcemy dawać świadectwo naszej wiary. Wiemy też, że wrócimy z tej misji inne. Często powtarzamy w Wolontariacie, że na misji więcej dostajemy niż sami jesteśmy w stanie dać i nie chodzi tu o rzeczy materialne, ale te duchowe. Każdy z nas wraca z nowymi i pięknymi doświadczeniami, które nas kształtują jako ludzi i jako chrześcijan. Jestem przekonana, że w naszym przypadku też tak się wydarzy.
Jak zareagowała rodzina? – Na początku to był szok, ale potem otrzymałam duże wsparcie. Jestem ogromnie wdzięczna, że mam tyle dobrych ludzi wokół siebie, którzy tak mnie wspierają i pomagają.
Małgosia po drugiej stronie globu znajdzie się po 24 godzinach podróży. – Nie wiem dokładnie, co mnie tam czeka. Ale wiem, że to jest droga, którą warto iść.
My, życzymy Małgosi powodzenia, a dla tych czytelników, którzy chcieliby wesprzeć wyprawę finansowo, zostawiamy link do internetowej zbiórki: https://zrzutka.pl/ch8nr8

ren

Status Medjugorie w Kościele katolickim jest specyficzny i często określany jako „salomonowy wyrok”. Watykan nie potwierdził oficjalnie nadprzyrodzonego charakteru objawień (nie orzekł, że to „cud” w sensie objawienia maryjnego).
I po co tam jeździć?
Australia rzeczywiście fajniejsza, oby jak najdalej od Przasnysza.
Może i ja założę zbiórkę na wycieczkę do Australii. Też będę pomagał, na przykład dokarmiał kangury albo coś w tym stylu, oczywiście w chwilach wolnych od leżenia na plaży.
Tylko załóż jakiś związek wyznaniowy i prowadź działalność misyjną, bo inaczej podatki Cię udupią, a tak to jeszcze jakieś dofinansowanie z naszych podatków dostaniesz. Powodzenia i udanego wypoczynku!
A ja pracuję w Państwowej Akademii Nauk i też chcę zobaczyć kangury i ocean
Powodzenia Gosia!
Mamy nasz Getrzwałd przecież.
Brawo Gosia!! Powodzenia!
Idź tą drogą, jeśli to czujesz ,drugi raz taka okazja może się nie powtórzyć, a co będzie dalej ,Pan Bóg jedyny wie,ale ma na Ciebie plan i czujesz palec boży…