fot. screen pch24.pl
Akcja dzieci z Przasnysza nie spodobała się znanemu publicyście. „Zrobili z uczniów śmieciarzy”- grzmi
Proekologiczna inicjatywa uczniów, mająca na celu próbę pobicia rekordu, a także zarobienie pieniędzy na organizację szkolnego Dnia Dziecka, stała się zarzewiem debaty publicznej. Akcja Szkoły Podstawowej nr 3 z Przasnysza, polegająca na masowej zbiórce plastikowych butelek, przebiła się do ogólnopolskich mediów, budząc skrajne emocje, od podziwu dla zaangażowania dzieci, po ostrą krytykę formy edukacji ekologicznej.
System w ogniu krytyki
System kaucyjny w Polsce od samego początku budzi kontrowersje i zmaga się z negatywnym PR-em.
Polaków zniechęcają niedoskonałości techniczne automatów oraz prognozowane koszty systemu, które w ciągu dekady mogą sięgnąć dziesiątek miliardów złotych, kosztów, które ostatecznie poniesie konsument.
Tymczasem w Polsce organizowane są rozmaite zbiórki surowców wtórnych. Wiele osób i placówek w całym kraju licytuje się na „rekordy” zebranych opakowań.
Jednak to właśnie Szkoła Podstawowa nr 3 z Przasnysza przyciągnęła szczególną uwagę mediów.
Akcja przebiła się do ogólnopolskich mediów
Po tym, jak informacja o próbie bicia rekordu Guinnessa w zbieraniu plastikowych butelek pojawiła się w popularnym programie „Teleexpress”, akcja stała się tematem obszernego artykułu znanego dziennikarza i publicysty, słynącego z mocnych tez – Łukasza Warzechy.
W tekście zatytułowanym „Jak szkoła z Przasnysza zrobiła z uczniów śmieciarzy”, publicysta nie zostawił na akcji suchej nitki.
To odzyskanie kary
Autor uznał, że angażowanie dzieci w masowe gromadzenie i sortowanie odpadów (w tym przypadku plastikowych butelek) nie jest funkcją szkoły, a „wyręczaniem państwa, któremu i tak płacimy krocie za wywóz odpadów, w wykonywaniu tej pracy nie ma natomiast nic wspólnego z przedsiębiorczością”.
„Nie ma tu mowy o jakimkolwiek zarobku. Kaucja nie jest zarobkiem. Oddający butelkę nie wytwarza żadnego dobra ani nie oferuje żadnej potrzebnej usługi. To jedynie odzyskanie kary, która została pobrana z góry od kupującego napój przez państwo” – pisze.
Pieniądze na organizację szkolnego wydarzenia
„Co więcej, młodych ludzi przyzwyczaja się w ten sposób do wykonywania pracy, która w ogóle nie powinna być ich zadaniem i która do nich nie należy. To tak bardzo peerelowskie w swojej istocie, że zdziwić się można jakie koło zatoczyła rzeczywistość. Pamiętają państwo, jak u Barei w genialnym serialu „Alternatywy 4” gospodarz domu Stanisław Anioł zagonił mieszkańców do kopania trawnika (skończyło się na tym, że kopał jeden lokator, Murzyn Abraham Lincoln)? To dokładnie ten sposób działania” – komentuje Łukasz Warzecha.
W tekście stawia kontrowersyjne pytania czy szkoła wyciągnie konsekwencję wobec dzieci, których rodzice sprzeciwią się akcji.
Takie podejście nie ma jednak nic wspólnego z prawdą. Szkolna akcja nie jest przymusowa, a za jej organizacją nie stoi odgórne rozporządzenie szkoły, a oddolne działanie samorządu uczniowskiego.
Co więcej środki odzyskane z kaucji posłużą samym zainteresowanym, czyli dzieciom i młodzieży, którzy chcą wykorzystać je na wspomnianą już organizację Dnia Dziecka.
Wyciągnięcie 4 zł z kieszeni?
Choć autor grzmi również o „wyciąganiu pieniędzy z kieszeni rodziców”, my jesteśmy raczej za studzeniem emocji. Przy propozycji ośmiu butelek na ucznia, potencjalny koszt uczestnictwa w akcji to zaledwie 4 złote.
Nazywanie tego „stratą” wydaje się więc dużym nadużyciem, zwłaszcza gdy zestawimy tę sumę z radością dzieci i integracyjnym charakterem wydarzeń, które dla szkolnej społeczności są bezcennym doświadczeniem.

ren
