„To była moja czwarta przasnyska EDK. Ale tak naprawdę chyba pierwsza.” – relacja Karoliny Burdach z Ekstremalnej Drogi Krzyżowej

Moja Ekstremalna Droga Krzyżowa

Jak często wychodzimy ze swojej strefy komfortu? Jak często zdarza nam się wyciszyć i spotkać z samym sobą? W pędzie dnia codziennego nie znajdujemy chwili by pomyśleć, przeanalizować, podjąć jakieś decyzje i porozmyślać o sprawach wiary. Dobrym momentem na to wszystko jest Ekstremalna Droga Krzyżowa. To zdecydowanie wyjście poza swoją strefę komfortu. Zimno, wiatr, niesamowity ból nogi, zmęczenie i w pewnym momencie myśl, żeby się poddać…

Moja ekstremalna przygoda rozpoczęła się Mszą św. w przasnyskiej Farze. O godzinie 19.00 Grupa 180 osób wyruszyła w drogę.  Zamysłem całej Drogi Krzyżowej jest docieranie do kolejnych stacji, czytanie rozważania i marsz w ciszy. Moim zdaniem jest to doskonała forma wyciszenia się. Nie pamiętam kiedy miałam tyle czasu na przemyślenia. Na pewno nie w ciągu ostatnich kilku lat. 44 km i prawie 12 godzin wędrówki. Cała wyprawa oprawiona była w mróz i wiatr. Te dwa czynniki sprawiły, że wędrówka do kolejnych stacji zmniejszała liczbę uczestników. Przed rozpoczęciem EDK najbardziej obawiałam się zmęczenia, które przypuszczałam, miało nadejść po północy. Kiedyś biorąc udział w pielgrzymce nocnej właśnie to najbardziej mnie dopadło. Jednak trudności przyszły z drugiej strony.

Gdy tylko wkroczyliśmy na otwartą przestrzeń zaczął dokuczać mroźny wiatr, który tej nocy  nie ustępował. Na pielgrzymce do Częstochowy byłam siedem razy, w tym raz do Wilna. Jednak wróciwszy do domu przed siódmą rano po całym wydarzeniu, ze łzami w oczach wchodziłam na trzecie piętro i wiedziałam, że nigdy wcześniej po żadnej wykonanej pieszo trasie nie czułam tak silnego bólu. Zmęczenie oraz inne czynniki sprawiły, że pod względem fizycznym była to najtrudniejsza przebyta przeze mnie droga, ale wzbudziła we mnie najwięcej pozytywnych emocji. Satysfakcja, pokonanie pewnej bariery, pokonanie swojego wewnętrznego głosu, który w połowie drogi mówił: „nie dam rady, to już przechodzi moje granice wytrzymałości”, ale i wiara w to, że nie jesteśmy sami w tym trudzie sprawiły, że było to jedno z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu. Dużo dało mi wsparcie Dawida, który lepiej zniósł wędrówkę. Przypuszczam, że gdybym była sama było by mi jeszcze ciężej.

Pierwsza stacja Ekstremalne Drogi

Pierwsza stacja naszej drogi była po szóstym kilometrze w miejscowości Mirów. Była to stacja po której od razu przyszła refleksja na temat relacji z innymi osobami. „Jezus na śmierć skazany”. Jak często my skazujemy, obrażamy i zbyt szybko wydajemy werdykt odnośnie drugiej osoby? Jak często z pogardą patrzymy na drugiego człowieka. Przecież to, że ma inne zdanie nie zmienia tego, że czuje, że jest mu przykro. Czasami nasz jeden niesłusznie wydany osąd, może zniszczyć drugą osobę. Przypomniała mi się głośno ostatnio sprawa z bezdomnym człowiekiem w tle. W jednym z warszawskich bloków ktoś w siarczyste mrozy wpuścił na klatkę i poczęstował gorącą herbatą bezdomnego. Na drugi dzień rozpętała się burza. Bezdomny przysnął z głową na śpiworku przy dziecięcych sankach. Właściciele sanek żądali zwrotu kosztów za pralnie ( 30 zł) oraz żeby już nigdy nie wpuszczać „takich osób” do środka. Przyczyny bezdomności są różne. Nie tylko alkohol jest sprawcą braku dachu nad głową, często są to osoby wykształcone, które kiedyś miały normalną pracę. Niestety za często ludzie odwracają wzrok od tego co nie spełnia ich wymogów, jest dalekie od  ich statusu społecznego, od tego co wymaga wyjścia ze swojej strefy komfortu. Jest to strasznie przykre. Nigdy nie wiemy co i nas spotka w życiu. W rozważaniach Drogi Krzyżowej najpiękniejsze jest to, że często stacje pomimo tego, że opowiadają o drodze Jezusa na Górę Kalwarię, są też odnośnikami do naszego życia codziennego, do naszych problemów. O wyzwaniach podjętych w naszym życiu czy ich nie podejmowaniu z powodu strachu. O akceptowaniu odmienności naszych najbliższych.  Jesteśmy stworzeni do tego by się rozwijać, by walczyć o swoje talenty, a jak często pewne plany, decyzje przekładamy na jutro na następny tydzień, na kolejny rok. Nie podejmujemy walki, a okazuje się, ze wystarczy zacząć, zawierzyć i wszystko się ułoży.

Postoje podczas wędrówki nie były zbyt długie. Pogoda nie dawała usiąść i zebrać siły. Plusem mrozu było to, iż ziemia była utwardzona. Gdyby nie to, w pewnych momentach można by było ugrzęznąć w błocie, zamoczyć znacznie obuwie, co by było później bardzo uciążliwe.

Pierwszy kryzys

Mój kryzys przyszedł w okolicach 20 km, jeszcze przed Czernicami Borowymi. Z rozmów z innymi osobami wynika, że był to właśnie moment kiedy wiele osób zaczęło wątpić w siły i z powodu bólu i zimna rezygnowało z dalszej trasy.

To była moja czwarta przasnyska EDK. Ale tak naprawdę chyba pierwsza. Czemu? Bo po raz pierwszy dopadło mnie zmęczenie. Po raz pierwszy miałem chęć się poddać, sięgnąć po telefon i zadzwonić do żony z prośbą by po mnie przyjechała. Zmarznięty, wymęczony gdzieś w okolicach Czernic Borowych miałem dość. I wtedy zdałem sobie sprawę, że jedyne co mogę sam zrobić to właśnie to – poddać się. To wtedy zaczęły się prośby, modlitwy: Boże daj mi siłę, daj bym doszedł do następnej stacji, nie pozwól bym się poddał, proszę daj mi siłę dotrzeć do końca. I pozwolił, dotarłem do XIV stacji pod Kościołem Farnym w Przasnyszu.

Tegoroczna Przasnyska EDK nie była dla mnie tylko sprawdzianem fizycznym. W ostatnich tygodniach sporo ciężkich spraw działo się w życiu moim i mojej rodziny. Musiałem podjąć decyzję, która nie była łatwa, a po jej podjęciu w głowie pozostały pytanie: Czy dobrze postąpiłem? Czy mogłem zrobić inaczej, lepiej? Może odczekać chwilę? Nie było mi z tym lekko. Prosiłem Boga by mi pomógł. I poukładał mi wszystko w głowie, bo te blisko 12 godzin marszu pozwoliły bym spojrzał na ostatnie wydarzenia z pewnego dystansu. Jest mi teraz lżej. Oczywiście nie ma się co łudzić EDK to nie czarodziejska różdżka za pomocą której Świat z szarego staje się nagle pełnym kolorów. EDK to droga która mówi nam, że w życiu sami zbyt wiele nie jesteśmy w stanie zrobić. Ale gdy tylko zaprosimy do współpracy Boga to możemy przenosić góry.  – pisze jeden z uczestników Ekstremalnej Drogi Krzyżowej   

Dojście do Czernic było już ogromną satysfakcją i nadzieją na ukończenie trasy. W Czernicach chwila odpoczynku, można było wejść ogrzać się, skorzystać z toalety czy napić się gorącej herbaty dzięki proboszczowi parafii Czernice oraz tamtejszym parafianom. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym, że o tak późnej porze przyszli nas przywitać i dodać otuchy do dalszej wędrówki.

Zimno, zimniej..

Docieranie do kolejnych stacji było już bardzo ciężkie, wzmagające się zimno i wiatr sprawiały, że było coraz ciężej. Po każdej  chwili postoju moje nogi odmawiały posłuszeństwa i za każdym razem musiałam się „rozchodzić”. Otuchy dodawał mi różaniec, który stał się moim wyznacznikiem pokonanej odległości. Cieszę się, że Dawid towarzyszył mi w tej drodze. Przejście tego razem było wspaniałym doświadczeniem i pozwoliło po powrocie na wspólne refleksje. Po powrocie do domu oboje wspominaliśmy kiedy docierając do Rostkowa, zaczęły pojawiać się już lepsze nastroje. „To już TYLKO 6 km” dało się słyszeć przy bramie, „teraz to już jesteśmy prawie u siebie”  . My też pokrzepieni już tym, że wychodzimy z Rostkowa pomimo bólu dostaliśmy trochę sił.

„Las Rostkowiak”

Stacja XIII przy przydrożnej kapliczce. Po przeczytaniu rozważania pan Leszek uprzedził tylko, że wchodzimy do lasku, że droga jest specjalnie oznaczona oraz żeby uważać. „Las Rostkowiak” trochę nas ściągnął na ziemię. Droga do pokonania była bardzo ciężka. Na „drodze” leżały gałęzie, nogi już odmawiały posłuszeństwa. Okazało się, że to tak jak w życiu, gdy już myślimy, że już mamy z górki, zostajemy zaskoczeni, ściągnięci do parteru. Co można wtedy zrobić? Można poddać się, usiąść i płakać, ale najlepszym rozwiązaniem jest zacisnąć zęby i iść dalej.  Był to najbardziej zaskakujący i najtrudniejszy odcinek do pokonania. Co zobaczyliśmy po pokonaniu trudności? My zobaczyliśmy wschód słońca. Po każdej nocy przychodzi dzień. Wiedzieliśmy, że to już prawe koniec. Pamiętam starszego pana, który ostatkiem sił maszerował w lesie z krzyżem w prawej dłoni. W pewnym momencie wróciłam sprawdzić czy aby idzie dalej. Szedł i miał się dobrze. Dodało mi to sił. Byłam i jestem pełna podziwu dla tego człowieka, który później pod kościołem, jak już dotarliśmy do końca, usiadł ze swoim znajomym w podobnym wieku i z ogromnym uśmiechem na twarzy opowiadali sobie wrażenia z trasy, pokazując przy tym swoje obolałe stopy. Tego widoku nie zapomnę do końca życia.

„To była naprawdę Ekstremalna Droga Krzyżowa… 42 km w ciemną i zimną noc. Im bardziej bolało, tym bardziej było czuć Pana Boga. Tak, potwierdza się, że w cierpieniu możemy mocniej się z nim zjednoczyć. Jednocześnie, ciało swoją drogą, boli coraz bardziej, doskwiera mróz, wiatr, ale duch nie boli, a nawet ma się jeszcze lepiej. Po prostu odwrotnie proporcjonalnie. Panie Leszku Czaplicki ponownie dziękuję- w tym roku za stację IV i organizacje EDK. Wielkie dzięki.

Po co „to” EDK?? Wszystko jest po coś. Usłyszałam kiedyś zdanie od księdza (nie pamiętam kto, gdzie) – że dobre myśli, pomysły są od Ducha świętego, a złe od złego. Iść na EDK – myśl bardzo dobra, więc do dzieła. W tym roku dodatkowym utrudnieniem był przeszywający chłód, mróz, wiatr. Nawet bolące nogi czy kręgosłup tak nie dokuczały (czytając rozważania „swojej” stacji – nie czułam ust, twarzy ).  Zwątpienia, chęci rezygnacji nie było – jestem uparta i powiedziałam, że wtedy zrezygnuję – jak po prostu padnę i nie będę mogła wstać i będą musieli mnie ściągnąć. Tegoroczne EDK pokazało, że w cierpieniu można silniej przylgnąć do Jezusa. Tak, jak dziecko, gdy jest mu źle, ciężko – to chce przytulić się do mamy, czy taty. Daje to ulgę, to samo przylgnięcie, powoduje, że jest nam lżej. Myślę, że EDK jest fenomenem i pozwala poczuć tego Pana Boga jeszcze mocniej niż w dniu codziennym. W tamtym roku było mi dużo łatwiej się modlić – różaniec za różańcem, koronka za koronką itd. W tym roku, to zimno, tak rozpraszało modlitwę, że zaczynałam ją dziesiątki razy. Ale słowa „Jezu, Ty się tym zajmij. Weź mój wysiłek i zrób z tym co chcesz” – to powtarzałam w kółko. W cierpieniu, w bólu trudno jest się modlić. Myślę, że ważne jest, aby to cierpienie ofiarowywać Jezusowi. To też jest jakaś forma modlitwy.  EDK pokazuje mi też, że ciało można jakby oderwać od ducha. I jeżeli popracuje się nad Duchem, to dużo łatwiej znieść wszelkie niedogodności, czy cierpienia, bo ciało i tak przeminie… – pisze Marta o swoich doświadczeniach podczas przasnyskiej EDK

Czy było warto?

Nie przez przypadek w rozmowie z panem Leszkiem dowiedziałam się, że jest do przeczytania rozważanie. W kościele okazało się, że jest to stacja XIII lub XIV. Wybrałam stację XIV. W pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, że już teraz nie mogę zrezygnować i będzie to motywacją by ukończyć Ekstremalna Drogę Krzyżową. Bardzo się cieszę, że pomimo kryzysu, niesamowitych trudności dotarliśmy do ostatniej stacji przy kościele farnym. „Jezus złożony do grobu by zmartwychwstać”. W tekście rozważania czytałam: „Jezu wsłuchujący się w ból całego świata (…) Jezu przyłóż swoje ucho do mojego serca”. Stojąc tam pod krzyżem myślałam właśnie o tych wszystkich osobach, które dotarły do końca i o tych, które pokonały z różnych przyczyn połowę trasy. Prawdopodobnie każdy z nas  musiał zmierzyć się z bólem, przeraźliwym zimnem. Jednak na trasie i poza nią nie jesteśmy sami. Właśnie w tym bólu jak najbardziej możemy liczyć na Tego, który doznał największego cierpienia. ON przykłada ucho do naszego serca. Co z tym zrobimy zależy tylko od nas.

Warto żyć ekstremalnie, warto wychodzić poza strefę swojego komfortu. Z Bogiem nie ma rzeczy niemożliwych. Oddając mu swoje sprawy i trudności nie mamy się czego martwić.

Z tego miejsca kieruje ogromne podziękowanie dla organizatorów Ekstremalnej Drogi Krzyżowej w Przasnyszu za trud i poświęcenie w przygotowaniach oraz podziękowania za wspólną wędrówkę. Każdy kto podjął się przejścia tej trudnej drogi pokonał samego siebie.

Karolina Burdach

Może ci się spodobać również
Komentarze
Loading...