Terytorialsi z Przasnysza i okolic: chcą być gotowi, aby nas chronić

Diler samochodowy, pracownica Krossu i elektromechanik w mleczarni. Wszyscy urodzili się w bliskich okolicach Przasnysza i pozornie poza miejscem urodzenia nic ich nie łączy. Okazuje się jednak, że mają ze sobą wiele wspólnego, ponieważ przywdziali mundur i podjęli się służby na rzecz bezpieczeństwa lokalnej społeczności. Ela, Damian i Michał należą do 5. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej. Są z tzw. pierwszego rzutu, czyli jako pierwsi odbyli szkolenie, zaś przysięgę złożyli w Ciechanowie. Wstąpili do armii z poczucia, że Wojska Obrony Terytorialnej są ważne i potrzebne. Mają nas bronić nie tylko podczas wojny, ale nieść pomoc również w czasie pokoju, np. w przypadku klęsk żywiołowych. Jak zgodnie zapewniają 500 zł wynagrodzenia, które miesięcznie otrzymują, jest jedynie miłym dodatkiem do służby wykonywanej z potrzeby serca.

Elżbieta Nalewańska mieszka w Karwaczu, na co dzień pracuje w przasnyskim Krossie, jednak niemal od zawsze po cichu marzyła o pracy w służbach mundurowych. Kiedy dowiedziała się, że na naszym terenie formowana jest 5. Mazowiecka Brygada Wojsk Terytorialnych, postanowiła spróbować swoich sił i sprawdzić, czy zostanie zakwalifikowana. Mimo, że jej mama oraz babcia odniosły się do tego pomysłu sceptycznie, z pomocą argumentacji dziadka, który był w wojsku, udało się  jej dopiąć swego. Przełożeni z firmy rowerowej również bez przeszkód wyrazili zgodę. – Kierownik powiedział, że jeśli chcę iść w kamasze, nie będzie czynił mi przeszkód. Obecnie bezproblemowo godzę pracę ze służbą. Pracuję od poniedziałku do piątku, natomiast wojsko upomina się o mnie w weekendy, raz w miesiącu. Ponieważ spotkania informacyjne i wstępna kwalifikacja odbywała się w przasnyskim MDK-u, nie mogłam nie wykorzystać takiej szansy. Uzyskałam tam więcej informacji i postanowiłam podjąć wyzwanie. 16 – dniowe szkolenie odbyłam kwietniu tego roku w Zegrzu. Było ciężko, ale potraktowałam to jako sprawdzian i przygodę. Dodatkowo każdy każdego wspierał. Muszę jednak przyznać, że nie spodziewałam się, że szkolenie będzie aż tak wymagające i intensywne – podkreśla Ela.

Słaba płeć, wcale nie taka słaba

Mimo, że w podczas wyczerpującego szkolenia kobiety nie mogły liczyć na żadną taryfę ulgową, wśród tych, którzy odpadli, nie było przedstawicielki płci pięknej. – Zajęcia trwały po kilkanaście godzin – od świtu do wieczora, zaś treningi okazały się na tyle forsowne, że kliku osobom nie udało się przez nie przebrnąć. Przeszliśmy m.in. surwiwal, dzięki któremu potrafię przetrwać w lesie, rozpalić ogień lub pozyskać napój z soku brzozy, a kilkudziesięciokilogramowy plecak nie jest już takim ciężarem, jakim był na początku – śmieje się dziewczyna. – Nauczono nas podstaw przetrwania w trudnych warunkach i poruszania się na polu walki, przeszliśmy także szkolenie taktyczne oraz ogniowe – nauczono nas obsługi i posługiwania się bronią. W moim przypadku to umiejętność wyjątkowo pożądana, ponieważ podczas dalszej służby będę specjalizować się jako strzelec – dodaje Ela. Dziś ta eteryczna blondynka z dumą nosi mundur, zaś karabinek Grot leży w jej ręku wyjątkowo pewnie. Co ciekawe, żaden z czterech braci Eli nie był w wojsku. Jej mama miała więc szansę uronić łezkę wzruszenia dopiero podczas przysięgi córki.

Damian Bobiński pochodzi ze Starej Krępy, ale obecnie mieszka w Przasnyszu. Armia fascynowała go od dziecka, już jako nastolatek chciał służyć w wojsku. – Niestety zniesiono służbę zasadniczą, a kiedy chciałem wstąpić do służby jako żołnierz zawodowy, nie było przyjęć. Rozpocząłem więc pracę w cywilu, w tej chwili jestem zatrudniony w mleczarni w Makowie Mazowieckim. Wojska Obrony Terytorialnej okazały się formacją stworzoną właśnie dla mnie, być może obecna służba stanie się wstępem do tego, abym w przyszłości stał się żołnierzem na cały etat. Szkolenie podstawowe wspominam bardzo dobrze, kadra odnosiła się do nas znakomicie i chcieli przekazać nam jak najwięcej. Mimo, że byli to ludzie, którzy służyli na zagranicznych misjach, dali nam wyraźnie odczuć, że szanują nas za to, że wstąpiliśmy do wojska jako ochotnicy. Doceniali fakt, że uważnie słuchamy poleceń i nikt z nas nie narzeka na trud. A my po prostu chcieliśmy jak najwięcej nauczyć się, pot na ćwiczeniach wylewaliśmy z własnej woli – mówi Damian.

Swoje umiejętności terytorialsi szlifują teraz podczas dwudniowych szkoleń rotacyjnych, odbywających się raz w miesiącu kalendarzowym. We wczesnych godzinach porannych stawiają się w ciechanowskiej jednostce i jadą na poligon, strzelnicę lub na plac ćwiczebny. Raz na rok będą także przechodzić dodatkowe dwutygodniowe szkolenie poligonowe. To spore wyzwanie, biorąc pod uwagę, że najprawdopodobniej najbliższy trening poligonowy odbędzie się w lutym. Damiana to jednak nie martwi.

Umiejętność gry w Quake’a na placu boju nie wystarczy

– Nikt nie obroni moich bliskich lepiej niż ja sam – mówi Damian – Zdaję sobie sprawę, że w razie czego przyjdzie mi rzucić wszystko i bez względu na porę roku chwycić za karabin. Będziemy więc musieli sobie radzić w każdych warunkach. Już w tej chwili jestem w stanie udzielić pierwszej pomocy, potrafię zrobić masaż serca, opatrywać rany, strzelać. Przechodzimy intensywne szkolenie, aby umieć dać sobie radę w różnych sytuacjach i nie tracić zimnej krwi. Do tego każdy z nas ma przydział stanowiskowy, najprawdopodobniej określony na podstawie naszego profilu psychologicznego, ponieważ każdy z rekrutów, prócz kwalifikacji fizycznej, przeszedł testy psychologiczne. Początkowo dostałem propozycję wstąpienia do służby medycznej, ale nie do końca mi to pasowało. Będę więc się szkolił na sapera. W pierwszym okresie przejdziemy ćwiczenia wszechstronne, dopiero potem – kierunkowe. Po niespełna roku każdy z ochotników będzie musiał zdać egzamin sprawnościowy i wiem, że nie możemy liczyć na taryfę ulgową. Nasze szkolenie potrwa trzy lata, potem najprawdopodobniej zostanę etatowym żołnierzem. Wówczas będę miał pierwszeństwo. Myślę, że to dlatego, ponieważ będę miał za sobą odpowiednik 4-miesięcznego szkolenia przygotowawczego do armii zawodowej. Cieszę się, że znajduję się w miejscu, w którym jestem obecnie – dużo mi to dało. Mimo, że rodzina była przeciwna mojemu wstąpieniu do Wojsk Obrony Terytorialnej, byłem uparty. Mamie wytłumaczyłem, że w razie konfliktu zbrojnego i tak zostanę wcielony do armii. A w takiej sytuacji dobrze jest wiedzieć, w którym miejscu znajduje się spust, a w którym lufa. Kto wie, co przyniesie przyszłość, a mi nie do końca pasuje rola mięsa armatniego, wolę więc być przygotowany na każdą okoliczność. Obecnie nie ma zasadniczej służby wojskowej, w razie ewentualnego konfliktu młodzi mężczyźni są bezradni. Jak mają bronić kraju? Tu nie da rady nawet najlepszy gracz komputerowych strzelanek. Quake na polu walki nie wystarczy – tłumaczy.

Niepodległość nie jest dana raz na zawsze

Z naszych stron (konkretnie z gminy Krzynowłoga Mała) pochodzi również Michał Rapacki, który pisze pracę magisterską na temat wojsk terytorialnych. Jest zaocznym studentem Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego, a nowa formacja obronna ciekawiła go od momentu, kiedy się o niej dowiedział. Fascynacja ta okazała się na tyle silna, że poskutkowała nie tylko wyborem tematu pracy magisterskiej, ale i przemożną chęcią osobistego poznania tego rodzaju wojsk. Pozostał głuchy na utyskiwania rodziny, że służba pochłonie mizerne resztki jego wolnego czasu. Michał jest bowiem dilerem samochodowym w Warszawie, gdzie na co dzień mieszka. – Wojska Obrony Terytorialnej dają przecież możliwość służby bez rezygnacji z etatu, a ja od zawsze czułem do armii swojego rodzaju miętę. Owszem – zajęć mam dużo, ale lubię „życie na pełnej petardzie”. Po odbyciu przeszkolenia podstawowego, postanowiłem nawet podzielić się swoją wiedzą z młodszym narybkiem terytorialsów. Zostałem szkoleniowcem na poligonie w Orzyszu, ucząc młodych podstaw taktyki wojskowej – mówi Michał.

Wojska Obrony Terytorialnej, zdaniem naszych rozmówców to nie tylko służba i szkoła życia. Są wyzwaniem, kształtują charaktery, uczą umiejętności współdziałania, ale i pozwalają na nawiązanie przyjaźni. Terytorialsi z naszego powiatu dzięki służbie zawarli koleżeńskie relacje również na gruncie prywatnym. Mimo, że od dziecka mieszkali niemal po sąsiedzku, poznali się dopiero w wojsku. Wiedzę na temat wojennego rzemiosła czerpią nie tylko podczas intensywnych szkoleń, ale również w czasie wolnym. Każdy z nich ma dostęp do ogólnopolskiej, internetowej platformy Wojsk Obrony Terytorialnej, gdzie znajduje się baza wiedzy, testów, ale i nowinek z życia ich kolegów z innych części kraju. A warto wiedzieć, że liczebność tej formacji liczy już ponad 10 tysięcy osób. Portal ten stwarza także możliwość kontaktu pomiędzy żołnierzami, nazywają więc go wojskowym Facebookiem.

Przasnyscy terytorialsi widzą sens w tym, aby ludność miejscowa brała część odpowiedzialności za obronę kraju w swoje ręce. – Uważam się za patriotę i jestem dumny z tego, że kontynuuję dzieło mojego ojca, który kiedyś służył w ciechanowskiej jednostce. Pojawiłem się tam jako jeden z pierwszych po wielu latach nieobecności wojska w tym miejscu. Dziś cieszymy się niepodległością, ale mam świadomość, że nie jest ona dana raz na zawsze. Bycie w tej formacji daje mi pewien rodzaj gwarancji, że wolność zostanie utrzymana – podsumowuje Michał Rapacki.

Rozmowa z członkami 5. Mazowieckiej Brygady uzmysłowiła nam jeszcze jedną rzecz. Okazuje się, że są bardzo lubiani przez społeczeństwo. Widząc troje ludzi w mundurach wojsk terytorialnych, przasnyszanie chętnie podchodzili, zagadywali i wymieniali z nimi serdeczne uwagi. Ze słów terytorialsów wynika, że dość często spotykają się z sympatią przechodniów. Negatywnych reakcji dotychczas nie odczuli. Zapewne dlatego, że ci młodzi zapaleńcy po prostu nie dadzą się nie lubić.

Małgorzata Jabłońska, red. Infoprzasnysz

Może ci się spodobać również
Komentarze
Loading...