Klub Filmowy „Ale Nakręcone” zaprasza – Prosta historia

Czas: 112 min.

Gatunek: Dramat przygodowy, biograficzny

Produkcja: Francja, USA, W. Brytania

Premiera: 1999

Reżyseria: David Lynch

Scenariusz: John Roach, Mary Sweeney

 

Staruszek Alvin Straight podróżuje z Iowa do Wisconsin na małym traktorze, by u celu podróży pojednać się z chorym bratem.


prosta historia plakat 

 

Za co Bóg kocha Amerykę?

Lynch jest sobą, nie ucieka od surrealistycznych sztuczek, ale główny nurt narracji jego filmu ma siłę biblijnej przypowieści.

Co robi człowiek, gdy się przewróci? Wstaje. Aż z biegiem lat przychodzi moment, że człowiek nie może podnieść się sam. Alvin Straight leży na podłodze swojego małego domku i przygląda się, jak jego córka Róża, sąsiadka i przyjaciel, miotają się, nie wiedząc, co robić. Po prostu pomóżcie mi wstać – mówi w końcu. Teraz już wiemy – stary Alvin niewiele już może zwojować

Ta scena z filmu Davida Lyncha „Prosta historia” ma realistyczny, nieco nawet komediowy charakter. Powoli jednak, w trakcie opowieści, nabiera metafizycznego wymiaru. To Bóg powalił Alvina Straighta, aby dać mu do zrozumienia, że jego czas zbliża się do kresu. Wiadomość o tym, że jego brat Lyle poważnie zachorował, jest decydującym impulsem. Stary człowiek chodzący o dwu laskach, z psującym się od cukrzycy wzrokiem, wyrusza samotnie w drogę

W filmie nie ma nic więcej. Konieczność podróży, słabość ciała i daleka droga. Spotkania w drodze i cel osiągnięty u kresu sił, opłacony ofiarą. Wszystko to opowiedziane z prostotą, z ciepłym i cierpkim zarazem humorem w zadziwiająco powolnym tempie. To jest chyba taka opowieść, która pozwala na długie chwile milczenia nadające głębię prostym dialogom, na delektowanie się widokami miasteczek amerykańskiego Środkowego Zachodu, płaskich pól pszenicy i kukurydzy, pastwisk na wzgórzach, jesiennie kolorowych lasów

W niejednym już filmie widzieliśmy Amerykę pokazaną poprzez historię wędrującego człowieka. Przypomniałem sobie pęd skłóconego z prawem kierowcy w „Znikającym punkcie”, groteskowy i monumentalny zarazem bieg Forresta Gumpa, drogę ku wolności i zagładzie w „Thelmie i Luizie”. Łatwo byłoby dorzucić tuzin kolejnych tytułów. W większości tych filmów rozległość kraju, możliwość ucieczki, odmiany losu przez ruch w krajobrazie budowała elementy wielkiego mitu Ameryki, osobnego świata, w którym udaje się człowiekowi więcej. A potem w „Zagubionej autostradzie” David Lynch zaatakował właśnie ten mit, pokazał, że od siebie samego się nie ucieknie, że ten sam diabeł czeka na końcu każdej asfaltowej nitki, ta sama rozpacz. Tamten niekonsekwentny, szarżujący doskonałością inscenizacji film miał rozpadającą się konstrukcję myślową, wydawał się sygnałem kryzysu twórczego

W „Prostej historii” Lynch podejmuje polemikę z „Zagubioną autostradą”, powraca do mitologii filmu drogi, do mitu amerykańskich przestrzeni. Ileż ironii i dojrzałej mądrości w tej opowieści o starcu, który jedzie pogodzić się z bratem po dziesięciu latach zapiekłej wrogości!
Lynch jest sobą, gdzieś na marginesie pokazuje nam mimochodem okruchy surrealistycznych sztuczek, postmodernistycznych fajerwerków – ale główny nurt narracji ma siłę wyjętej z Biblii przypowieści. Bohater przypomina typy z książek Faulknera o upartych i dumnych ludziach Południa, wiele drugoplanowych postaci przypomina kukiełki z prozy ErskineŐa Caldwella, a sytuacje miewają smak poetyckich obrazów Trumana CapoteŐa. Kto jedzie powoli, widzi więcej. Bohaterowi „Prostej historii” trzeba sześciu tygodni na przebycie dystansu, jaki krążownik szos przeskoczy w pół dnia. Jego wehikuł to sklecona ze złomu przyczepa ciągnięta przez ogrodowy traktorek, dlatego wyrusza w czas żniw, a dojeżdża złotą jesienią. W drodze spotka wielu dobrych ludzi, z których każdy jest zarazem symbolem i zwrotką ballady. Jedni przychodzą się ogrzać przy nocnym ogniu, inni chcą trochę pomóc, pogadać przy okazji. Ostrożnie ważąc słowa, strzegąc swej prywatności i godności – stary człowiek opowiada napotkanym strzępy własnego życia, tak że przy końcu my, widzowie, znamy go dobrze i kochamy jak rodzonego dziadka

Richard Farnsworth w roli Alvina irytuje, wzrusza, zachwyca. Jego błękitne oczy potrafią być twarde jak stal i rzewne jak skrzypce. Scenariusz pióra Mary Sweeney, montażystki, producentki i towarzyszki życia Lyncha, został oparty na prasowych notatkach o prawdziwym zdarzeniu. Może to właśnie ciśnienie faktu, rzeczywistości zmusiło Lyncha do tak zaskakującej zmiany stylu – i czegoś więcej – postawy. Wielokrotnie wraca w tym filmie obraz gwiaździstego nieba. Przyroda, przestrzeń, potęga burzy raz po raz podejmują dialog z postawą bohatera, z jego potrzebą pojednania. Od spotkanego księdza Alvin nie przyjmuje posiłku, ale prosi o pozwolenie biwakowania na terenie starego przykościelnego cmentarza. Lynch opowiada nie tylko o moralnej sile tkwiącej w dobrych ludziach z zapomnianych miasteczek, odwołuje się do religii, do historii biblijnych braci Kaina i Abla. Chciał zrobić film metafizyczny – i chyba go zrobił. Po amerykańsku, z dziecinną przesadą. Z paradą świetnych ról, z muzyką Angelo Badalamentiego – tych smyczków chciałoby się słuchać i słuchać..

Wiele razy widzimy uprawne pola nie z siodełka traktorka, którym jedzie Alvin – a z góry. Czyim okiem patrzy tu kamera? Aniołów, którzy pilnują, aby brat zdążył pojednać się z bratem? Czy samego Pana Boga, który kocha Amerykę za tych dzielnych, upartych i prawych ludzi z prowincji.


Może ci się spodobać również
Komentarze
Loading...