Kawiarnia Wenecja w Przasnyszu. Pamiętacie?

Jednym z miejsc, które nadal istnieją w pamięci wielu urodzonych w ubiegłym wieku przasnyszan, jest kawiarnia Wenecja, która obok „Parkowej” była najmodniejszym lokalem w Przasnyszu. Wiele osób do dziś ma sentyment do tego miejsca, które w opowieściach mieszkańców jawi się jako kultowe. Dziś nie ma po niej śladu, ale wciąż funkcjonuje we wspomnieniach.

W czasach, gdy mało kto miał w domu telefon i nie było szans na szybkie zdzwonienie się, Wenecja była miejscem, gdzie można było spotkać znajomych. Wystarczyło wiedzieć, kto lubił tam przesiadywać. Można było zaprosić dziewczynę na wuzetkę albo wyciągnąć kolegów na flaki i kieliszeczek czegoś mocniejszego.

Na ciasto, na koniaczek, na lufę i śledzia

Wenecja mieściła się w nieistniejącym już budynku w sąsiedztwie mostu na ul. Piłsudskiego. Dziś w tym miejscu stoi zupełnie inny budynek, w którym mieści się m.in. restauracja Manhattan. Wspomnienia z Wenecji są bardzo różne, ponieważ dotyczą różnych okresów. Powstała w latach 60. lub 70. ubiegłego wieku, początkowo funkcjonując jako lokal państwowy, podlegający pod spółdzielnię Społem. Potem kawiarnię prowadziła była pracownica PSS-u p. Morawska. W opowieściach z następnych lat przewijają się także państwo Dardzińscy, a szatniarzami w lokalu byli państwo Jachołkowscy. Kawiarnia zakończyła swój żywot około 2003 roku, wraz z rozbiórką ciekawego architektonicznie budynku.

To tu w dawniejszych czasach przychodziło przasnyskie mieszczaństwo, tu ówczesna bohema ćmiła papieroski przy kawie po turecku. Panie sączyły wino Mistella i  Gelalla. W latach 70. był wielki szał na słodki Ciociosan, który był hitem przez dziesięciolecia i pito go hektolitrami. Popularnością wśród miejscowych notabli cieszył się też koniak, a wieczorem można było wpaść do Wenecji na piwo lub lufę wychyloną pod śledzia. We wspomnieniach funkcjonuje także szafa grająca z hitami tamtych lat.

Krem sułtański i cytrynowy

Bywalcami Wenecji było wówczas wielu przasnyszan, ponieważ takich miejsc w naszym mieście nie było wiele. Szczególnie Wenecję upodobali sobie wojskowi. Wielu dzisiejszych 30- i 40-latków, jako dzieci, po kościele przychodziło tam z rodzicami na słodkości. Wykwintnych dań próżno tam było szukać, ale jeśli się zgłodniało, można się było pożywić frytkami, parówkami na gorąco, pieczonymi kiełbaskami, flakami lub fasolką po bretońsku.

Kawiarnia słynęła za to ze wspaniałych wypieków i słodkości. Szaleństwo wzbudzały kremy: cytrynowy i sułtański, które szybko podbiły podniebienia kawiarnianych bywalców. Bardzo popularne były kolorowe galaretki, pianki oraz ciasta. Sławą cieszyły się też babeczki z bitą śmietaną.

Wenecję często odwiedzała przasnyska młodzież szkolna, która przy jednej oranżadzie lub Pepsi pitej przez kilka osób, spędzała tam wolne godziny podczas wagarów. Co ciekawe, swego czasu uczniowie LO KEN mieli zakaz odwiedzania lokalu. Zapowiedziano im, że w razie, gdy spotka ich w tym miejscu któryś z nauczycieli, będą musieli liczyć się z nieprzyjemnościami. Nie zmieniło to faktu, że kawiarnia była mocno oblegana, a wielu przasnyszan, ma doń ogromny sentyment.

– Powiem jedno, gdyby dziś Wenecja nadal istniała, zakasowałaby wszystkie lokale w mieście – wspomina mieszkaniec gminy Przasnysz. – Ludzie po prostu lubili tam chodzić. Bardzo często w Wenecji był tłum, a ileż małżeństw tam się poznało! Do kawiarni wchodziło się po drewnianych schodach, zakończonych kładką. Był tam też taras w kształcie litery L, wsparty na metalowych filarach. Taras był z dwóch stron – od strony Węgierki i od strony ul. Piłsudskiego. W Wenecji był bardzo dobry klimat, podawano tam alkohol, proste dania na ciepło i doskonałe desery. Jak pamiętam, na ścianach była jakaś okładzina dywanowa, wyżej listwa boazeryjna, chroniąca ściany przed obtłuczeniem, a jeszcze wyżej tapeta w fale. Wenecja była otwarta od lat 70. XX wieku do około 2003 roku. Przy bufecie była lada chłodnicza, w której wystawione były słynne „weneckie” desery. Organizowano tam również wesela, spotkania towarzyskie, ale najmilej wspominam, kiedy z rodzicami w niedzielę po kościele chodziliśmy tam na słodkości. Drugim ważnym miejscem w Przasnyszu była Parkowa, która mieściła się w MDK-u, w dzisiejszym Klubie Otwartego Umysłu – opowiada mieszkaniec podprzasnyskiej wsi.

Wenecja żyje także w pamięci przasnyszanki w średnim wieku. – Pamiętam, że od czasu do czasu chodziło się tam na krem sułtański, cytrynowy czy jakieś ciastka – pyszne były! Posiedziało się, pogadało, poplotkowało i tyle. Szczególnych wspomnień z tym miejscem nie mam. Chyba tylko to, że od strony rzeki był mały taras i latem nad Węgierką często koczowali cyganie. Po ich wyjeździe było pełno piór z oskubanego na łące drobiu. No i wieczorem, jak się usiadło na tarasie, to komary i inne robactwo dawało nieźle w kość – mówi mieszkanka naszego miasta.

Lokal na palach

Wspomnienia z częstej obecności w Wenecji w latach 70. ubiegłego wieku ma m.in. przasnyski działacz kultury i pasjonat lokalnej historii Jan Chmielewski. – W tamtych latach Węgierka często wylewała, prawie co roku zdarzały się powodzie. Część budynku Wenecji była podpiwniczona, a druga część spoczywała na kolumnach. Ten obszar był często zalewany. Do lokalu wchodziło się po kładce od strony ulicy, a od strony rzeki był fajny, przytulny taras. Kawiarnia cieszyła się taką popularnością, że latem trzeba było być tam wcześniej, aby zdobyć wolny stolik – opowiada Jan Chmielewski.

Przasnyszanin dodaje, że kiedy on i jego znajomi mieli po 18 lat, w Miejskim Domu Kultury w piątki i soboty odbywały się dyskoteki. Aby się tam dobrze bawić, wprawiano się w dobry humor, udając się wcześniej do Wenecji.

– Dyskoteki zaczynały się o 17.00. Więc już we wczesnych godzinach popołudniowych szliśmy do Wenecji. Kawiarnię prowadziła wówczas pani Morawska. Przychodziliśmy tam licznym gronem, zsuwaliśmy stoliki. Kupowaliśmy całe baterie piw w małych butelkach, albo popularne wtedy węgierskie wino Riesling. Spędzaliśmy tam popołudnie, a potem szliśmy na dyskotekę. Pamiętam, że Wenecji nie omijały włamania i kradzieże.  Z tego powodu często bywała zamknięta. Może ze względu na położenie, w dość spokojnym wówczas miejscu, była okradana nawet kilka razy w ciągu roku. Był to przyjemny lokal, ale w związku z tym, że podawano tam alkohol, zdarzały się również bójki – mówi Jan Chmielewski.

Starcia miasto – wieś

– Szczególne tłumy opanowywały kawiarnię, kiedy do Przasnysza przyjeżdżała karuzela. W miejscu dzisiejszej Biedronki przy dworcu PKS był duży plac targowy. Tu czasem stacjonowało wesołe miasteczko, które przyciągało gromady mieszkańców z całego powiatu. Wtedy Wenecja pękała w szwach i często dochodziło do bójek, w których ścierała się młodzież z Przasnysza i ze wsi. Czasem interweniowała milicja. Mimo takich przypadków było to miejsce, które wspominam z sentymentem, były to przecież moje młode lata. Wtedy były tylko dwa lokale, w których mogła spotkać się młodzież – Słoneczna na Orlika i Wenecja. Później ruszyła Parkowa, która nie cieszyła się w naszym środowisku uznaniem. Słoneczna, w późniejszych latach, straciła poziom, zaczęto tam sprzedawać tanie wina, dlatego Wenecja była dla nas absolutnym numerem jeden. Do dziś, z kolegami wspominamy nasze spotkania z tamtych lat. Kiedy się wchodziło, stukało się w stolik i wszyscy bardzo serdecznie się witali. Piliśmy – nie powiem – sporo, ale w naszym środowisku nikt się nie upijał, ani nie awanturował. Było to takie picie pod humor. Kiedy doszło do remontu, mniej więcej w okolicach przełomu wieków, myśleliśmy, że lokal zostanie przebudowany. Ku naszemu zmartwieniu rozebrano go do fundamentów, a Wenecja bezpowrotnie zniknęła z mapy naszego miasta – wspomina Jan Chmielewski.

Pamiętacie Wenecję? Czekamy na Wasze opowieści! Cenne będą także zdjęcia.

M. Jabłońska

Źródło video: Przasnysz Archiwum X

3
Skomentuj artykuł

avatar
3 Liczba wątków
0 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najgorętsze tematy
3 Comment authors
MarlenWiesiaKasia Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Kasia
Gość
Kasia

Półmetek tam miałam 🥰

Wiesia
Gość
Wiesia

Kochałam ten lokal. Zwłaszcza latem gdy można było siedzieć na tarasie.

Marlen
Gość
Marlen

Również mam jakiś sentyment do tego miejsca …😉 szkoda, że nie przetrwała do dzisiejszego czasu, uwielbiam miejsca z historią i tradycja…
Chciałam również pogratulować autorce świetnie napisanego tekstu😊 Przyjemnie się czyta👍