Jak wygląda walka z wirusem pytamy ratownika Marcina Tokarskiego.

O sytuacji na pierwszej linii frontu w walce z epidemią koronawirusa opowiada Marcin Tokarski – ratownik medyczny z wieloletnim doświadczeniem, pracujący w Sądeckim Pogotowiu Ratunkowym. Jednak doświadczenia naszego rozmówcy są wspólne dla wszystkich ratowników w naszym kraju. Ludzi tych charakteryzuje pasja i potrzeba ratowania życia Polaków. W tym zawodzie spotkamy idealistów.Zarabiają wyraźnie mniej od pielęgniarek, których uposażenie jest dość niskie, a praca ciężka.  Ratownicy często muszą pracować w kilku miejscach i bywa, że ponad siły. Teraz jest im jeszcze trudniej.

 

Jak wygląda zaopatrzenie w środki ochrony osobistej?

– W tym momencie każdy zespół jest wyposażony w maseczki. Są to maseczki flizelinowe chirurgiczne do jednorazowego użytku – jeden pacjent, jedna maseczka. Są także maseczki lepszego typu, które muszą wystarczyć na cały dyżur, są to maski FFP2 i FFP3 plus gogle czy przyłbice.

 

Czyli problemu z wyposażeniem nie ma?

– Nikt nie robił dużych zapasów, bo nie było wcześniej takiej konieczności. Jako ratownicy zgłaszamy problemy dyrekcji, która zamawia odpowiedni sprzęt. W tej nadzwyczajnej sytuacji nie są to jednak przetargi, zamawiamy te towary w hurtowni.

 

Jak pan ocenia przygotowanie systemu opieki zdrowotnej do walki z epidemią?

– Nie jest dobrze, ponieważ nikt nie był przygotowany na to zjawisko. Reagujemy na bieżąco, zamiast zabezpieczyć się wcześniej. Dopiero kiedy wirus pojawił się w kraju, zaczęliśmy zastanawialiśmy się jak postępować, aby się chronić.

 

Jeszcze w lutym słyszeliśmy zapewnienia ze strony rządu, że epidemia do nas nie dotrze, a nawet gdyby, to jesteśmy zabezpieczeni na każdą okoliczność. Słyszeliśmy, że nie ma potrzeby robić zapasów żywności, a używanie maseczek, których już wtedy nie było na rynku, uznawano za zbędne lub szkodliwe. Dziś maseczki szyją samorządy, szpitale i wolontariusze. Wiele osób czuje się oszukanych.

– Zapewne nikt nie spodziewał się, że u nas pojawi się to na taką skalę. Natomiast uważam, że obowiązkiem rządu jest uspokajać obywateli. Nie chcę bronić takiej postawy, ale z pewnością można było zrobić więcej. Uważam, że po prostu nie chciano siać paniki, co przyniosło wątpliwe skutki, bo dziś stanęliśmy pod ścianą. Prócz tego, że system ochrony zdrowia musi być wyposażony w środki ochrony osobistej, powinien w nie zostać wyposażony każdy obywatel, a z tym jest wielki problem.

 

Od dwóch miesięcy było wiadomo, że ten wirus prędzej czy później do Polski też dotrze. Był czas, żeby się przygotować, zorganizować środki ochronne, przegrupować kadrę, wdrożyć procedury. Rząd był jednak optymistą, a dziś ten optymizm się mści. Wiele szpitali organizuje zbiórki pieniędzy, apeluje o dostarczenie środków ochrony m.in. od zakładów kosmetycznych lub salonów tatuażu. Czy to nie świadczy o nieprzygotowaniu systemu do walki z koronawirusem?

– Problem leży przede wszystkim w braku zapasów takich środków, a musimy być gotowi na długą walkę. Dlatego także i my apelujemy o wsparcie do ludzi dobrej woli. Maseczkę wyrzucam po dyżurze i potrzebuję kolejnej, więc tego sprzętu zużywamy znacznie więcej niż w normalnej sytuacji. W szpitalu osobna maseczka powinna być używana do każdego pacjenta. Zużycie maseczek jednorazowych jest więc ogromne.

 

A co z profesjonalnymi maseczkami FFP2 i FFP3, dedykowanymi dla personelu medycznego?

– Tych maseczek bardzo brakuje, bo hurtownie nie były na to przygotowane.

 

Co epidemia zmieniła w waszej pracy?

– Jesteśmy dużo bardziej ostrożni. Do każdego ryzykownego wyjazdu zabezpieczamy się maskami, rękawiczkami i goglami lub przyłbicą. Do wyjazdów, w których dyspozytor wpisuje kod 19 dodatni, bądź osoby przebywają na kwarantannie, zespół nie wchodząc jeszcze do domu pacjenta, musi decydować niejako zdalnie, czy występuje stan zagrożenia życia.

 

Czy zdarzają się przypadki związane z COVID-19?

– Mieliśmy przypadek, że mężczyzna wrócił z zagranicy, przebywał na kwarantannie i wezwał pogotowie z powodu złego samopoczucia. U nas jest tak, że do pacjenta wyjeżdża najbliższy wolny zespół ratowniczy. W sytuacjach niepewnych zabezpieczamy się może nieco na wyrost, niejako „po zęby”. Trudno powiedzieć jaką sytuację zastaniemy na miejscu. SOR w Nowym Sączu ma wydzielone miejsce, w którym takich pacjentów trzyma się w izolacji, bądź kieruje ich na oddział zakaźny.

 

Czy w związku z epidemią macie więcej pracy?

– Jest zdecydowanie więcej pracy i są problemy z obsadą dyżurów. Trudno powiedzieć, jak będą wyglądały najbliższe miesiące, ponieważ wtedy zaczynają się urlopy. Podejrzewam, że w tej sytuacji nie możemy na nie liczyć. W Zespołach Ratownictwa Medycznego mamy pracowników na etacie, ale są także pracownicy kontraktowi. Część członków zespołów przebywa na zwolnieniu lekarskim, a grafik nie jest z gumy. W tej chwili nie ma możliwości zwiększenia zatrudnienia. Dlatego ratownicy dostają propozycje objęcia dyżurów nadliczbowych, a urlopy raczej będą wstrzymane.

 

Wiem, że ratownicy zarabiają słabo; aby związać koniec z końcem, w normalnych warunkach pracujecie olbrzymią liczbę godzin. Ile pracowaliście wcześniej a ile teraz?

– Ja jestem zatrudniony na etacie, więc mój wymiar pracy wynosi średnio 160 godzin miesięcznie, natomiast rzeczywiście dorabiam sobie na kontrakcie w innym zakładzie pracy – w szpitalu w Gorlicach i można powiedzieć, że w sumie mam w miesiącu 20 dyżurów, a każdy z nich trwa 12 godzin, ale są także możliwe dyżury trwające dobę. Ratownicy, pracujący wyłącznie na kontraktach, mogą pracować więcej. Średnia w przypadku ratownika to 300 godzin dyżuru w miesiącu, są jednak i tacy, którzy pracują 360 godzin. W takim przypadku w domu jest się gościem.

 

Ze względu na braki kadrowe teraz pracy jest jeszcze więcej, jest ona bardziej wyczerpująca i wiąże się ze wzmożonym stresem. Czy w związku z tymi nadzwyczajnymi okolicznościami i pracą pod większą presją, możecie liczyć na dodatkowy odpoczynek –  dłuższe przerwy czy wolne?

– Przerwy są możliwe jedynie pomiędzy wyjazdami. Ratownik, mający przywilej pracy na etacie, po nocy ma dwa dni wolnego przed następną dniówką, czyli schemat działania jest taki: dzień w pracy, potem następnego dnia dyżur nocny, a następnie dwa dni wolnego. Potem z powrotem idę do pracy w dzień. Dla osoby zatrudnionej na umowę o pracę, taki system nie jest wyczerpujący. Teraz mamy znacznie więcej obowiązków, na naszym terenie podstawowa opieka zdrowotna właściwie nie działa. Poradę lekarską, receptę oraz zwolnienie można uzyskać tylko telefonicznie. Ze względu na zamknięcie przychodni ludzie częściej dzwonią do nas po pomoc. To są wyjazdy, które nie powinny mieć miejsca, ponieważ w ten sposób zabierają nasz czas i mogą odebrać komuś szanse przeżycia.

 

Boicie się?

– Zawsze jest obawa, praca ratownika to duże ryzyko. Nie tylko z powodu koronawirusa. Teraz musimy być jeszcze bardziej czujni.

 

Są również pewne pozytywy obecnej sytuacji. Jednoczymy się jako społeczeństwo, a w kierunku personelu medycznego płynie wiele ciepłych słów. Czy uważa pan, że w systemie ochrony zdrowia w końcu będziecie traktowani w sposób należny profesjonalistom z godziwym wynagrodzeniem?

– Zawsze jest tak, że praca nie jest doceniana dopóki nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Nie chodzi tylko o system ochrony zdrowia. Oczywiście bardzo bym chciał, aby coś się zmieniło na lepsze i żebyśmy byli traktowani poważnie. Korzystając z okazji, chcę się zwrócić z ważnym apelem do czytelników: Dyspozytorzy medyczni, rozmawiający z pacjentami, pytają czy nie podlegają kwarantannie, czy nie wrócili w ciągu ostatnich 14 dni z zagranicy. Mam prośbę, aby nie kłamać i uczciwie informować jak jest, bo bardzo wielu ludzi oszukuje. Dla nas to się może źle skończyć, wyłączyć z funkcjonowania, zmusić do odbycia kwarantanny, co oznacza zakaz pracy. Takich przypadków było już w skali kraju bardzo dużo. W Warszawie kilka zespołów ratownictwa medycznego było wyłączonych z działania. W sytuacji, w której jesteśmy to katastrofa, gdyż paraliżuje to naszą pracę. Dziś jesteśmy potrzebni bardziej niż kiedykolwiek. Nie ma nas tylu, abyśmy mogli pozwolić sobie na przymusową bezczynność. Dlatego prosimy o prawdziwe informacje, bo w ten sposób chronicie siebie, nas i innych pacjentów.

 

Jak, jako przeciętni obywatele, możemy się skutecznie chronić?

W sytuacji konieczności opuszczenia domów powinniśmy używać maseczek, nawet tych najprostszych. Ważne jest także stosowanie rękawiczek jednorazowych. W przypadku wyjścia do sklepu, rękawiczki wyrzucamy bezpośrednio po zrobieniu zakupów, ponieważ przenosimy na nich zarazki np. na kierownicę naszego samochodu. Będąc poza domem, warto jak najczęściej używać płynów do dezynfekcji, natomiast w mieszkaniach dezynfekować te przedmioty, których dotykamy po przyjściu. Są to m.in. klamki i klucze. Warto pamiętać o dezynfekcji telefonu komórkowego, na którego powierzchni znajduje się mnóstwo zarazków. Oczywiście bezpośrednio po przyjściu do domu bardzo dokładnie myjemy ręce, a będąc poza nim, pamiętamy o tym, aby nie dotykać ust i oczu. Jeśli będziemy rygorystycznie przestrzegać tych zasad, zwiększamy szansę na uniknięcie zakażenia.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała M. Jabłońska


 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments